Duch Pogórza czyli dreams come true

Decyzję o porzuceniu krótkich dystansów na rzecz biegania w terenie podjęłam po niesamowitych zawodach w Sanoku, we wrześniu ubiegłego roku. 26 km biegu górskiego, błoto, dużo stromych podbiegów, tyle samo zbiegów, ogromna adrenalina i całkiem dobry wynik na mecie w debiutanckim biegu, spowodowały, że zakochałam się w biegach górskich. Całą relację z tego biegu opisałam tutaj http://misshealthy.pl/bieg-gorski-sanok/

O Duchu Pogórza dowiedziałam się przypadkowo, przypadkowo wylądowałam na wycieczce biegowej i wszystko się zaczęło. Lubię tą rywalizację i to uczucie, które towarzyszy mi zaraz przed samym startem, kiedy jeszcze nic nie wiadomo – stoisz i czekasz na odliczanie startera i już nie masz odwrotu, teraz pozostaje tylko dać z siebie wszystko! Ja po prostu na zawodach odzwierciedlam swoje zaangażowanie w bieganie, biegnę do celu w miarę swoich możliwości, które dzięki regularnym treningom są coraz doskonalsze. Jeśli coś robię, staram się to robić perfekcyjnie. Czasami przesadzam i w moim domu wszystko może być poukładane co do linijki, ale to nie znaczy, że na co dzień nie mam co robić, tylko jestem perfekcjonistką. Niektóre rzeczy mogą być tak poukładane, że od razu widzę, jak ktoś coś ruszał, w zmywarce zawsze przestawiam naczynia, tak aby żadne miejsce się nie zmarnowało ….  🙂 Cała ja 🙂 chociaż dzieci trochę mnie zmieniły pod tym względem i już w tej chwili zaczęłam odpuszczać.

Pół nocy nie spałam przed tymi zawodami. Zawsze się tak stresuję, a głównym powodem mojego stresu było to, że zgubię się na trasie. To nie jest bieg na 5 km gdzie widzisz przed sobą wielu biegaczy i nie ma mowy o zbłądzeniu. W Sanoku nie miałam takiego problemu, ponieważ na trasie spotkałam znajomego i biegłam z nim już do końca, w dużej mierze jemu zawdzięczam swój sukces, Dominik biegł jakby znał trasę na pamięć, trasę która do końca nie była dobrze oznaczona, masa ludzi się pogubiła. Na szczęście na Duchu tasiemki wisiały wszędzie, dosłownie co kilka, kilkanaście metrów, wydawało się, że trasa była bardzo dobrze oznaczona, nie trzeba było się zastanawiać gdzie i jak biec, chociaż przyznam, że miałam kilka momentów zawahania, ale szybko się orientowałam co i jak.

Zaczęłam w czołówce. Byłam chyba czwarta, może piąta, tuż za chłopakami, z jednej strony biegłam szybko bo mogłam sobie na to pozwolić, a z drugiej chciałam się ich trzymać, żeby się nie zgubić. Od pierwszych metrów trasa spełniała moje oczekiwania, im więcej urozmaiconego terenu, tym lepiej, ja wtedy mam największego powera, chociaż ostatnia górka mnie sponiewierała – to fakt! Było również sporo asfaltu, który wbrew pozorom mnie męczy. Ale większość trasy to było coś! Gnałam do przodu, nie zatrzymywałam się na punktach odżywczych, miałam ze sobą wodę, czekoladę, którą podgryzałam co kilka kilometrów i to mi wystarczało. Szkoda mi było czasu na postoje, tym bardziej, że czułam się na siłach aby ciągle biec. Z niecierpliwością czekałam na strumyczek, który zadziwił mnie już na wycieczce biegowej, pędziłam po nim nie patrząc czy wbiegam prosto w wodę, czy na kamień, nie miało to dla mnie znaczenia, uważanie na strumyczku i szukanie suchych miejsc było by bez sensu, i tak buty już były przemoczone. Jedyną rzeczą którą żałuję, to to, że nie zatrzymałam się na pierwszym postoju, bo tam były te pyszne CIASTECZKA 🙂

Dużym błędem było nie uzupełnienie wody na drugim punkcie odżywczym. Za późno się zorientowałam, że mam mało płynu, którego zabrakło mi na 24 kilometrze. Brak wody spowodował, że totalnie opadłam z sił, a może było to już zmęczenie – nie wiem. W każdym razie biegło mi się już coraz gorzej, zrobiło mi się niedobrze, chyba duże pokłady energii zostały wyczerpane, może to śmiesznie zabrzmi, ale pomyślałam nawet o tym, żeby się najeść śniegu 🙂 Ale w końcu tego nie zrobiłam. Powtarzałam sobie, że teraz już nie mogę się poddać, w dodatku zaliczyłam konkretną wywrotkę, z której ciężko się podnosiłam, ale jak już zauważyłam tabliczkę z napisem, że już teraz tylko z górki, to tak zaczęłam pędzić, że nikt wtedy by mnie nie zatrzymał.

Dobiegłam! Dobiegłam i na mecie doznałam konkretnego szoku! Okazało się, że byłam pierwszą osobą z dystansu 29 km. Wszyscy zaczęli mi gratulować, nie wiedziałam o co chodzi, przecież Panowie byli przede mną, jednego „wzięłam” na trasie, a reszta? Za chwilę dobiegli. Nie wiem jak to się stało, czy ja coś namieszałam, czy oni się zgubili, do tej pory nie wiem jak było, chociaż mój GPS się zgadzał …. W biegach górskich niestety jest tak, że jeden mały błąd, mała nieuwaga i nie wiesz co się dzieje.

Po zawodach doświadczyłam czegoś, co jeszcze nigdy mi się nie przytrafiło – totalne zmęczenie materiału. Dwie godziny dochodziłam do siebie, chyba wykorzystałam wszystkie pokłady energii jakie miałam, nie mogłam nic zjeść, było mi niedobrze, kręciło mi się w głowie, totalny brak energii. Może trochę przesadziłam z tym bieganiem, nie wiem, może trochę….. ale czułam, że mogę sobie na to pozwolić, może się trochę przeliczyłam. Ale świetne towarzystwo po biegu szybko doprowadziło mnie do stanu normalności.

Tak jak już pisałam na fanpage’u bieganie to moja pasja, nie wyobrażam sobie, żeby dla wyniku coś namieszać, to nie ja, to do mnie w ogóle by nie pasowało. Jeśli ktoś miał do mnie jakieś pretensje, to mogę to trochę zrozumieć, ale usilne oskarżanie kogoś, kogo się w ogóle nie zna o pewne rzeczy, nie powinny mieć w ogóle miejsca. Szczególnie tyczy się to osób, które nawet nie brały udziału w zawodach. Już się trochę przyzwyczaiłam do dyskryminacji kobiet, ale przykro się robi w niektórych momentach – i nie mam tu na myśli organizatorów. Panowie – kobiety też umieją biegać, trenujemy w mrozie, deszczu, upale – staram się nie opuszczać treningów, cisnę ile dam rady, więc następnym razem zastanówcie się kilka razy zanim coś powiecie.

Chciałam to wygrać, tzn. moim celem nie było pokonanie Panów, ale chciałam być pierwszą kobietą na mecie – udało się – zawsze powtarzam, że regularne treningi, pozytywne myślenie i świetne towarzystwo osób, które podzielają Twoją pasję powodują, że marzenia się spełniają 🙂

Kto wie, może za rok pobiegnę dłuższy dystans 🙂 ale na pewno tam będę!