Ultramaraton Magurski czyli jak przetrwałam 58 kilometrów

W środę rano obudziłam się ze strasznym bólem w  kostce u prawej nogi. Cholera …. za kilka dni ultramaraton … Nie kojarzę na ten moment żebym jakoś źle stanęła, dzień wcześniej biegałam, ale było wszystko ok. Ból się nasilał, chciałam sprawdzić czy faktycznie jest źle i poszłam pobiegać – głupota – wiem! Bolało coraz bardziej.

Wyjechałyśmy już w piątek – ja – z kontuzją na karku – dziewczyna, która rzadko odpuszcza rzeczy ważne i Klaudia – zapisana na 20 km. Spanie w sali pełnej ludzi, którzy wiedzą po co tutaj są ma swój nadzwyczajny urok. Kilka godzin snu w śpiworze, pobudka o 3 w nocy, duża kawa, 3 tabletki przeciwbólowe i ogień!

Wystartowałam jak zwykle – w miarę swoich możliwości! Zaraz jakoś w czołówce. Nie widziałam przed przed sobą żadnych kobiet, ale za bardzo się tym nie przejmowałam, do pięćdziesiątego ósmego kilometra wszystko diametralnie mogło się zmienić. Noga bolała mnie od samego początku, od pierwszego kilometra – podczas biegu musiałam pamiętać o tym, żeby bardziej naciskać zewnętrzną częścią stopy na podłoże, wtedy delikatnie mniej bolało. Na piątym kilometrze miałam myśli, żeby zejść z trasy, bo ból się okropnie nasilał ale postanowiłam sobie, że póki nie będzie tragicznie, to zostaję. Z czasem adrenalina była na tak wysokim poziomie, że chyba przyzwyczaiłam się do tego, że moja noga nie funkcjonuje normalnie. Nie wiem co w tym jest, ale na Ultramaratonie Podkarpackim też biegłam z kontuzją. Nie myślę, że to pech, ale coś się za tym musi kryć.

Tradycyjnie postanowiłam sobie, że co 40 minut muszę coś zjeść aby mieć energię – radę tą dostałam kiedyś od pewnego biegacza i powiem Wam, że u mnie świetnie się sprawdza. Jedzenie mam zawsze ze sobą. Tym razem postawiłam na mega zdrowe czekoladowe batony z białkiem konopnym i świeżą papryczką czili (opcjonalnie) oczywiście domowej roboty. Miałam ich na tyle, że starczyło na cały bieg. W bukłaku izotonik, w bidonie woda. Przed ostatnim ultramaratonem w Dynowie jak również przed UP cały tydzień ładowałam się węglowodanami, wpadały lody, niezdrowe posiłki, McDonald … ale teraz chciałam spróbować czegoś zupełnie innego. Zero ładowania, bardzo zdrowe posiłki na bazie – głównie komosy ryżowej i ryb (prawie dwa miesiące nie jem mięsa – lubię eksperymentować) i ogromnej ilości warzyw i owoców, a także duże dawki Aloe Vera Gel marki Forever, dzięki którym mam niesamowite pokłady energii. Zadziałało!

Punkty odżywcze służyły mi tylko po to, żeby uzupełnić wodę do bidonu. Nie lubię tracić cennego czasu. Niesamowite jest to, kiedy wbiegasz na punkt a ludzie ci mocno kibicują, biją brawa i informują, że jesteś pierwszą kobietą jak do tej pory! Kibice zawsze dodają mi ogromnego powera!

Trasa była dla mnie bardzo ciężka. W niektórych momentach te podbiegi wyglądały jak pionowe ściany, na które ciężko się wchodziło. Dawałam z siebie od początku do końca tysiąc procent! Mijałam chłopaków, gnałam do przodu bo już tam gdzieś na trasie wiedziałam, że mam dużą szansę na wygraną. Cholera jasna – nie mieściło mi się to w głowie! Ale dawałam cały czas nie oglądając się za siebie. Zawsze dzielę sobie cały dystans na poszczególne odcinki, dzięki temu nie przeżywam żadnych kryzysów i załamań.

Na 45 kilometrze, na punkcie kontrolnym napiłam się tylko wody, wolontariusz zapytał mnie tylko czy mam zapas płynów, odpowiedziałam, że tak. Osz kurde … kilometr później zorientowałam się, że w bukłaku jest trzy łyki a w bidonie nie wiele więcej – fuck! – to był ostatni punkt. Od teraz oszczędzam wodę!

Biegłam już chyba coraz wolniej, zmęczenie górowało, brak wody robił swoje. Od tamtego momentu zerkałam co chwila na zegarek i czekałam na metę jak na werdykt podczas egzaminu na prawo jazdy (zdałam za pierwszym razem 🙂 ) Jakiś kilometr do mety poprosiłam przechodnia o kilka łyków wody – zaschło mi w gardle. Ten ostatni kilometr dłużył się niemiłosiernie, ale kiedy byłam już coraz bliżej mety łzy ciskały się do oczu, po pierwsze dlatego, że wiedziałam, że to już koniec, po drugie, bo wiedziałam, że zrobiłam kawał dobrej roboty, a po trzecie, bo wiedziałam, że jestem zwycięzcą! Mój trzeci ultramaraton, pierwszy taki dystans, pierwsze zwycięstwo!

Zdaję sobie sprawę, że nie wydarzył się żaden cud. Że czas który osiągnęłam, dla mnie jest rewelacyjny! To ja mam być zadowolona ze sowich wyników, nie inni! To ja mam swoje kryteria, którymi się kieruję, każdy może mieć inne. To ja – dziewczyna, która wyznacza sobie cel i zawsze go realizuje opierając się o pewne życiowe wartości, nie robiąc krzywdy innym! Każdy jest inny – ja jestem SOBĄ!

1 Kobieta na mecie (50 kobiet), 13 w klasyfikacji generalnej kobiety/mężczyźni (240 osób)

58 kilometrów – czas 6.29’37

Suma przewyższeń – 1838 metrów

p.s. na pogotowiu usłyszałam diagnozę – podejrzenie złamania kostki bocznej – o kurde! Ja prawdopodobnie biegłam 58 kilometrów ze złamaniem … w tej chwili jestem na wakacjach, chodzę w ortezie, kuleję, przyjmuję zastrzyki przeciwzakrzepowe, na tą chwilę nie mogłam nic więcej zrobić, po powrocie wizyta u ortopedy i kontynuacja leczenia, ale ja jestem silna, ja chcę biegać – ja muszę biegać – ja będę biegać! <3

Fot. Pan Kowal